Dziadziej

Mam gorszy dzień, wszystko mnie irytuje, co więcej, mam wrażenie, że mogłam wyciągnąć z życia więcej. Oczywiście rodzina to dla mnie wszystko, mój świat zamyka się w dwóch osobach i tego bym zmieniać nie chciała, ale….

Ale kiedyś byłam podobna do Żądnej Sukcesu.

Oczekiwałam od życia bardzo dużo i bardzo dużo dawałam od siebie. Zdobywałam wiedzę, tytuły, kursy. Wszystko po to, aby kreować własny wizerunek, aby moja osoba była zawsze kojarzona z kimś dojrzałym, inteligentnym i godnym zaufania. Tak też było, wykreowałam sobie w firmie, wszystko miałam „w jednym paluszku”, i chętnie uczyłam się nowego. Nowi klienci to nowe wyzwania i sukcesy. Porażki traktowałam jako konieczność podciągnięcia.

A teraz? Pieluchy, kupy, obiady, sprzątanie, rachunki (dużo rachunków!), wszystko po to, aby kiedyś nie siedzieć samotnie przy kominku, tylko patrzeć jak wnuki biegają dookoła pokoju. Takie wizje mam w głowie.

Chyba jestem niespełniona zawodowo, dlatego te moje wizje ciągle gryzą się z aspiracjami i ambicjami zawodowymi.

Do tego dom, który jest istną studnią bez dna.

Choćbym nie wiadomo jak dużo pracowała, nie wiadomo ilu Klientów zdobyła, to i tak nie zarobię na remont tego starego domu. Swoją drogą, nie wiem jak ktoś mógł wcześniej tak zapuścić dom, w którym mieszkał! Niektórym nie przeszkadza zepsuty dach, ściany które widziały farbę rodem z PRLu, czy starta gruzu za garażem. Oszczędzam gorszych szczegółów.

Nie jestem pedantką, ale ład i porządek lubię, szczególnie czystość, więc pewnych rzeczy znieść nie potrafiłam i zaczęłam ten mój „kącik” obracać do góry nogami. Niestety, miejscówka nie zapowiada się na tymczasową, będzie już na stałe.

A więc pracuję, biorę co tylko się da, żeby zarobić na ocieplenie dachu i domu.

domek, praca, zarobek, dach, studnia, rachunki

Może mieliśmy zaciągnąć kredyt i być na swoim?

Przysłowiowa „musztarda po obiedzie”.

Matka Wariatka

Reklamy

Matczyny ból głowy

Boli, boli i jeszcze raz boli. Nie to nie żart to ból głowy, który jest nie do zniesienia, a żadne tabletki nie pomagają. Jeszcze przed porodem słyszałam o migrenach poporodowych, ale jakoś myślałam, że mnie to nie spotka – przecież nigdy nie cierpiałam na migreny, a bóle głowy to może raz do roku jak się przegrzałam na słoneczku. A tu… masz babo placek!

Zaczęło się zaraz po wyjściu ze szpitala, każde schylenie, każdy ruch, a głowę to miało mi rozsadzić. Niestety przy małym dziecku schylanie to norma, wręcz pozycja standardowa. Pochylam głowę przy karmieniu, nad łóżeczkiem, nad przewijakiem, praktycznie nad każdą czynnością! Nie dosyć, że nie dosypiam to jeszcze ten ból!

Jak już wiedziałam, że nie będę karmić piersią to pomyślałam, że jednak są z tego jakieś plusy – mogę zaprzyjaźnić się z tabletkami przeciwbólowymi.

…. Taaaa

Prędzej mi zniszczą wątrobę niż pomogą, bo tego rodzaju ból, to nic innego jak burza hormonów, niedosypianie, za dużo schylania i nerwów. Przypominam, że moje kolkowe dziecko dało nam nieźle popalić. Los sprawdzał mój limit wyczerpania.

Męczyłam się przez 1,5 miesiąca – ulga.

No i mamy czas obecny, wróciłam do pracy, siedzę przed laptopem, więcej niż ustawa przewiduje, więc wszystko wróciło. Swoją drogą, to naginam wszystkie możliwe zasady ergonomii pracy. Tak jak teraz, zamiast siedzieć przy biurku w odpowiedniej pozycji to jedną nogą bujam wózek: „przód-tył, przód-tył”, tylko nogę trzeba co jakiś czas zmieniać, żeby mięśnie tak samo wyrabiać J inaczej będę wyglądać jak dziwoląg z mięśniami w jednej łydce J

Nadaję się do specjalisty i to nie jednego.

Głowa nadal boli, podejrzewam, że wiek już nie ten i coś uciska w kręgosłupie, warto zapisać się do neurologa, albo ortopedy, najlepiej do obu.

Zespół ciśnień nadgarstka mam już od kilku lat, to wszystko od myszki i komputera. W sumie to nie wiem gdzie z tym iść, ortopeda, chirurg? Podciągam pod ortopedę. Jestem ekonomiczna, załatwię u niego dwie dolegliwości!

Wada wzroku pogłębia się z roku na rok, ale to na własne życzenie, zapominam o okularach, ściągam jak tylko biorę dziecko na ręce, inaczej ona się nimi zajmie. Oooo to okulista, specjalista nr 3.

Jestem już trochę po porodzie, warto zawitać u ginekologa – specjalista nr 4.

W ciąży przypałętała się cukrzyca ciążowa – szlag to też miałam sprawdzić – specjalista nr 5.

Stara jestem (czuję się młodo), ale dopiero teraz wychodzą mi zęby mądrości – specjalista nr 6.

Może już przestanę wyliczać bo skończy się to kolejnym napadem migreny.

Jestem sama, pomocy zero. Jakbym miała tych wszystkich lekarzy obskoczyć to dni w kalendarzu mi zabraknie, a za każdym razem kombinuj kobieto opiekę do dziecka. Trudno, najwyżej umrę młodo.

Nie narzekam, w domu nie mówię, że coś mnie boli bo są ważniejsze sprawy. Swoją drogą, taki ból to nie ból, przecież przeżyłam poród, więc nadal twierdzę, że jestem hardcorem.

A takie pobolewanie to wręcz „łaskotanie” w porównaniu z porodem.

Zapomniałam, przecież z moją głową to już też chyba nie halo, tylko pytanie: lepiej do psychologa czy od razu do psychiatry? Specjalista nr 7, 8

Uciekam w pracę, w końcu trzeba zarobić na tych lekarzy.

Matka Wariatka

Dopadła mnie niemoc

Za niecały tydzień rozpoczyna się lato, a ja tymczasem jestem zmęczona. Nie, nie zmęczona raczej znużona, ale tak do granicy …

Nie męczą mnie Klienci, wykonywana praca, męczy mnie niemoc i brak chęci, żeby ją pokonać, a co za tym idzie brak efektu. Wszyscy są zarobieni, a ja mam wrażenie, że zajmuje ich przede wszystkim znalezienie powodu czemu nie można wykonać jakiegoś zadania. Nie skupiamy się na tym co zrobić, żeby projekt wyszedł, żeby go dopiąć, powalczyć. Nie, najważniejsze jest znalezienie powodu czemu nie da się. Nie da się bo i bo, i jeszcze ….

A wystarczyłoby się przygotować się do zadania, zapytać, wykazać chęć, pomyśleć z wyprzedzeniem nad rozwiązaniem. A jak nie wiesz to zadzwonić, przedyskutować. Temat feedbacku to kolejny potok łez w naszej firmie, chociaż emaili jest …..Teoretycznie jest podział zadań, pracownicy są doświadczeni, a przynajmniej tak mówią i …., i niemoc. Mam wrażenie, że największą przeszkodą jest chęć kreatywnego pomyślenia i nie rozumiem czemu. Przecież lepiej jest  rozwiązać problem i jeszcze zarobić ekstra premię, niż zastygnąć w bezruchu ze słowem nie da się, nie mam czasu, nie wiem i tak trwać aż, aż cos się wysypie, Klient i firma nic nie zarobi. I wtedy mamy jeszcze argument, że projekt brzydki, trudny i nie opłacalny. A tak, żeśmy się narobili. A że na nasze własne życzenie … nie tego nie widzimy. My w naszej firmie jesteśmy …..

Dziś wpadłam w panikę, zaczynam zauważać u siebie objawy choroby – niemoc i zmęczenie. Decyzja podjęta, jeżeli nie możesz nic zmienić, a jest Ci źle, zmień siebie. Po wakacjach otwieram własną firmę, mam 2 miesiące na przygotowanie i wtedy będę mieć wpływ na tempo pracy, na wykonywane zadania. Jak padnę to po walce, lepiej tak, niż przygnieciona niemocą. Więc, tymczasem łapie luz i wypijam 4 kawę. Naszego ekspresu będzie mi żal, tylko czy warto gdzieś trwać dla ekspresu?

Żądna Sukcesu

Taka, praca to nie praca!

Jak ja to często słyszałam, jak długo musiałam wojować z domownikami, aby zrozumieli, że praca w systemie zadaniowym to także PRACA. Wiele przykrości mnie spotkało, często nawet przez łzy zaciskałam zęby i nie chciałam odpowiadać na głupie komentarze.

Niestety, nadal wśród społeczeństwa (szczególnie tego starszego), panuje przekonanie, że pracą możemy nazwać tylko czynności, które wykonujemy poza domem, trwające około 8h i kończące się w momencie przekroczenia progu domu.

Bzdura!

Dziś wszystko wróciło i zaczęło się od nowa.

W sumie to nie chciałam wtrącać wątku teściowej, ponieważ jest to dla mnie temat rzeka, temat drażliwy, temat, który omijam z daleka, ale… pomyślałam, że może ktoś ma podobnie?

Wstałam wcześniej, ogarnęłam dom, tak aby później zająć czymś córkę, a sama przygotować obiecane oferty cenowe, sprawdzić zestawienia rozliczeń i przygotować dokumentację pod nowy kontrakt.

Wstałam bojowo nastawiona, bo wierzyłam, że wszystko uda mi się wykonać zgodnie z planem.

No i przychodzi… teściowa….

– Zawieź mnie do fryzjera

– Kiedy?

– Teraz

– Nie mogę, pracuję. Możemy to załatwić w inny dzień?

– Taka praca, to nie praca! Siedzisz w domu to możesz mnie zawieźć!

– Nie mam czasu, a teściowa wyjdzie bo jestem zajęta.

Byłam z siebie dumna, że pohamowałam się od zbędnych epitetów.

Teściowa się obraziła – przynajmniej przez 2 dni nie będzie się do mnie odzywać i zawracać głowy.

To przykre kiedy staramy się osiągać cele, realizować plany, zapewniać byt rodzinie, dawać szczęście innym, a tu przyjdzie taki „dinozaur” i zrówna człowieka z ziemią.

Doszłam do wniosku, że chętnie wysłałabym moich teściów na wycieczkę życia – w kosmos, bez biletu powrotnego. Jestem w stanie wydać na to ostatnią życiową złotówkę.

A może w poprzednim życiu nabroiłam i dlatego trafił mi się taki dinozaur?

 

Matka Wariatka

 

A co gdyby moje życie potoczyło się inaczej?

Słońce! 🙂 Zrobiło się pięknie za oknem, aż chce się żyć i przebywać na świeżym powietrzu. Korzystam z przywileju pracy w domu, zabieram córkę pod pachę, pod drugą laptopa i wychodzimy. Córeczka w wózku jęczy i stęka bo nie ma zamiaru wcale spać, ale po dłuższym bujaniu wygrałam walkę – śpi, więc siadam pod altanką, odpalam laptopa i sprawdzam maile, całe 25 wiadomości. Jak jestem w połowie słyszę pojękiwanie, znów zaczynam bujać wózkiem (sama bym chętnie tak poleżała, tylko gdzie ja znajdę taki wielki wózek?! :).

Bujam i bujam i odlatuję, zapomniałam o nieprzeczytanych mailach.

A gdybym nie była managerem? To kim?

Dostosowałam życie pod firmę, wybrałam kierunek studiów oraz kursów, wszystko jakoś samo się potoczyło, a przecież moim marzeniem było… wyprawiać wesela! Zawsze marzyło mi się prowadzenie domu weselnego, nie jakieś zwykłej restauracji, ale pięknego domu weselnego J aby w tym ważnym dniu sprawiać innym uśmiech na twarzy.

Marzenia… dawno temu i nie prawda.

Cieszę się chwilą, tym że córka jest na świecie, bo gdybym faktycznie spełniła moje młodzieńcze marzenie, to nie byłabym w tym miejscu, z tymi ludźmi, z moją rodziną!

Podejrzewam, że nie miałabym nawet czasu dla męża (o ile w ogóle bym go miała!).

Jest dobrze, słońce świeci, a ja doceniam to co mam, a cały dzień stał się jakiś taki sentymentalny.

 

Matka Wariatka

Czarna dziura

Tymczasowo wpadłam w czarną dziurę.

Dobra trochę sama wpadłam, a trochę mnie wepchnięto. Sama bo zachciało mi się lodów i klimy. Normalne, zdarza się przy fali upałów, ale moje górne drogi oddechowe odmówiły współpracy. Czyli na dwa dni przed konferencją (oczywiście super ważną i prestiżową) straciłam głos. Niby nic strasznego, ale trzy dni wcześniej obiecałam szefowi, że go zastąpię na prezentacji. Poprosił o to nie z lenistwa, ale dopadła go grypa. Plaga jakaś czy co. Odkąd „wyczyścili” centralny układ klimatyzacji w budynku, co rusz ktoś choruje. Ale wracając do tematu, jak tu zaprezentować nas jako nowoczesnych, prężnych i kreujących trendy na rynku robiąc dziubek jak ryba? A na sali ma być kilku potencjalnych Klientów. No ale słowo się rzekło, bo jeszcze głos działał i teraz masz babo ….. Cóż było robić szukam specjalisty. I tu zdziwienie, miasto milionowe, lekarzy niby do wyboru do koloru, a na CITO nikogo. Za dwa dni, za trzy, a firma w której mamy wykupiony pakiet medyczny – to już nie powiem bo jak bym miała głos, to by mi go drugi raz odebrało po usłyszeniu terminu.

Tak wiec atak na aptekę, spray a i b, c i jeszcze pigułeczki do łykania, do ssania, a i roztwór do płukania gardła. Po zastosowaniu wszystkiego czułam się jeszcze gorzej. Niby na drugi dzień była lekka poprawa, ale lekka. Cud, że mnie drogówka nie zatrzyma w drodze do biura bo „narkomanom” to prawo jady zabierają. Ale nie da się tradycyjnie to od czego mamy technikę. Kumpel jest przewodnikiem miejskim i polecił wzmacniacz głosu. Pożyczyłam, wypróbowałam, super jest różnica. Głosem emocji nie wyrażę, ale przynajmniej mnie słychać. I jakoś poszło, tylko po prezentacji zaproszono mnie do nagrania cyku podcastów z zakresu przygotowania się do nowych wyzwań zawodowych. Potencjalny przyszły Klient, szef zachwycony tylko nie wie, że Pana oczarował mój głos, tak ten chory i na „elektronice” i  wszystko byłoby pięknie tylko zdążyłam wyzdrowieć oraz odadć sprzęt, a jutro zaczynam te nagrania… Czarna dziura i już.

Żądna Sukcesu

czarna dziura, koniec, dół

Pierwsza delegacja

Pierwsza delegacja i do tego całodniowa. Zaczyna się jazda bez trzymanki, bo nie mam z kim dziecka zostawić! Mąż w pracy i o wolnym może zapomnieć.

Teściowa? Nie, nie, nie…

Jeszcze raz… NIE

Mama? pracuje i nie dostanie wolnego.

Myślę dalej… siostra? Też w pracy.

Opiekunka? Za mało czasu żeby cokolwiek ogarnąć w tym temacie.

Myślę sobie o tych wszystkich matkach, które wróciły do pracy i zastanawiam się jak one to ogarniają?!

Wybłagałam moją mamę, aby wzięła jeden dzień wolnego. Jednorazowo, muszę pomyśleć o czymś innym.

Zaczyna się poranna wyprawa. Wstaję godzinę przed córką, żeby się wyszykować i jakoś wyglądać na spotkaniu służbowym. Uwaga, zrobiłam sobie make-up! Aż nie poznałam siebie w lustrze, a Młoda jak wstała to dziwnie na mnie spoglądała. Nie często widzi taką mamę.

Śniadanie dla dziecka, kawa dla mnie, kanapkę jadłam w łazience, między korektorem a tuszem do rzęs. Zapakować dziecko na cały dzień do babci, jedzenie, zabawki, ubrania na zmianę, najlepiej kilka kompletów, pieluchy, wózek i stelaż bo na pewno pójdą na spacer. Myślę czy o czymś zapomniałam, chyba wszystko. Teraz pakuję sobie i pluję sobie w twarz, dlaczego nie zrobiłam tego wieczorem poprzedniego dnia.

Nadal uczę się na błędach.

Laptop, notes, długopisy, notatnik, telefon, ładowarka, dobra… matka nie zapomnij jeszcze swojej głowy i dziecka!

Matka wariatka.

Znoszę wszystko do auta, córka już bezpiecznie w foteliku, ale co z tego jak zaczyna się drzeć bo za dużo czasu zajmuje mi pakowanie samochodu. Dobra, mam wszystko, jeszcze ostatni rzut na dom czy niczego nie zapomniałam.

Zamykam ten burdel na zamek i wsiadam do samochodu.

Odstawiam córkę do babci, która po raz kolejny daje swój wywód, że za wcześnie wróciłam do pracy. Całuje wnuczkę, czyli jest dobrze.

Ciepło, bardzo ciepło. Jadę autostradą i zdaję sobie sprawę z tego, że klimatyzacja coś nie wydala. Cudownie! Wparuję na spotkanie spocona jak szczur. Następnym razem pojadę w dresie, słowo daję, a ciuchy na zmianę zabiorę ze sobą.

Dzwonię zmartwiona do mamy, wszystko ok, wyszły na spacer. Uffff

Spotkanie służbowe 1 h, zebranie firmowe 3 h, droga w dwie strony 3 h, zakupy 30 min, wracam po córkę około godziny 18:00, znowu pakuję wszystkie torby do samochodu i wracamy do domu – jest 19:00, szlag jeszcze trzeba usiąść przed laptopem i sprawdzić maile z całego dnia.

Wyciągam szybko córkę z samochodu, wszystko inne zostawiam, szkoda mi teraz czasu, wrócę po to jak ona już zaśnie. Kolacja, kąpiel, padła o 20:15

Emocje opadają i nagle robię się głodna jak wilk (no tak, ostatni posiłek jadłam miedzy spotkaniem służbowym, a zebraniem i była to szybka drożdżówka – każdy ma swoje superfood). Jem jogurt, tego nie trzeba długo przygotowywać. Schodzę do auta i zabieram wszystkie torby, wózek, laptopa, dochodzi 21:00. Zmęczona i spocona biorę prysznic, który jest jak zbawienie po całym dniu.

21:30 odpalam laptopa, pracuję

22:30 mąż wraca z pracy, dalej pracuję

Sam jest zmęczony, ale widząc ten burdel w domu o nic nie pyta i robi mi porządną kolację – jajecznica z pomidorami. Ciepły posiłek jest niczym luksus, jestem szczęściarą.

Zasypiamy koło północy. Wstaję o 3:00 żeby nakarmić mojego Aniołka. Kładę się o 4:00, a zaczynam dzień o 5:00

4 godziny snu z przerwami, to nieprawdopodobne ile poświęcamy dla dziecka.

Matka Wariatka